Przejdź do głównej zawartości

Posty

Matka Żona Gospodyni i Orient Express

Matka Żona Gospodyni. Spokojnie to nie o mnie. No bo jakby się człowiek nie starał to się nie rozstroi chyba, że nerwowo, a to bezproblemowo w sekundę na zawołanie. Ale żeby tak na matkę, żonę, gospodynię, kochankę, kucharkę, sprzątaczkę, praczkę, prasowaczkę, za dzieckiem lataczkę no to nie ma takiej opcji. Generalnie jutro mam urodziny. Zazwyczaj w okolicy tego dnia co roku nachodzą mnie dziwne myśli, nad sensem życia, nad tym co mam, czego nie mam, kim jestem, co robię i takie tam parapsychologiczne shity. I tak właśnie sobie siedzę i myślę i wymyśliłam, że ja to tego życia totalnie nie ogarniam. Mam wrażenie, że  w dniu narodzin Munia ktoś wepchnął mnie do pędzącego pociągu. I teraz tak sobie nim jadę, a raczej się w nim tłukę w pędzie i niewygodzie zupełnie nie wiedząc dokąd.  Zawsze wiedziałam czego chcę i jak to osiągnąć, a teraz ... teraz to nie mam pojęcia czy prześpię noc, czy uda mi się wypić kawę, dojeść kanapkę, zrobić zakupy, wyjść na spacer, ubrać majtk...

Nie jedz tego!

"Nie jedz tego" to drugie imię Munia. Wpychanie absolutnie wszystkiego do buzi jest procesem ciągły, stałym, trwającym chyba od urodzenia i zdaje się, że nie mającym końca. Już w pierwszych dniach swojego życia Munia ssał co popadło. Szybko odkrył rączki, nóżki, ubranka, rękawy, stópki w śpioszkach, skarpetki, śliniaczki i tak dalej i dalej. Wszystko było wiecznie mokre i wyślinione.  Wraz z kolejnymi etapami rozwoju poszerzał się asortyment tego co Munia był w stanie wepchać do buźki. Kiedy sobie siadł i potrafił bawić się zabawkami można uznać, że zjadanie ograniczał do tego co miał w zasięgu rączki więc było w miarę bezpiecznie. Jednak gdy zaczął raczkować i ruszył śmiało w świat nasze życie wypełnił ciągły strach i hasło NIE JEDZ TEGO wypowiadane milion razy dziennie oczywiście bez efektu.  Munia je, w sensie mymla, co popadnie. W buzi ląduje absolutnie wszystko więc spisanie tych rzeczy zajęłoby tygodnie. Pisząc wszystko naprawdę mam na myśli wszystko, ogon psa,...

Rodzic Mama zgłasza nieprzygotowanie

Wszyscy zakładają, że pojawienie się dziecka to najcudowniejsza chwila w życiu człowieka. Że jest to moment niebywale piękny, wzruszający i pełen wiary, nadziei i miłości. Urban legend głosi również, że kobiety w ciąży nie tyją, ba pięknieją z tygodnia na tydzień. Nie pęka im krocze, a poród trwa pięć sekund i odbywa się w pełnym makijażu i w koszuli szytej na miarę od topowego projektanta, a po całym zajściu popija się Fritz-kole w towarzystwie najcudowniejszego kosmity na ziemi, i nie chodzi mi tu o anestezjologa w dziwnym czepku, tylko o potomka swego lub też potomkinie. Może ja mam tylko jakiegoś porodowego pecha, ale poza dwiema bliskimi mi kobietami żadna akurat tego momentu nie wspomina dobrze. Moja własna rodzicielka, moje przyjście na świat wspomina gorzej niż kot pranie w pralce. Zima, szpital jak z horroru, obok nie na łóżku szczęśliwa przyszła matka gryzącą z bólu nogę od stołu. Resztę pominę, bo jest to historia mrożąca krew w żyłach. Dodam, iż trauma była tak wielka,...

Kinderbal który się nie odbył

Jak już pisałam w kwestii kinderbali dla dorosłych sprawa jest prosta, zaczynają się wcześnie, przebieg mają bardzo intensywny, panuje nerwowa atmosfera, a na poziom dobrej zabawy wpływ ma przede wszystkim ilość dziecięcego biadolenia oraz ilość alkoholu, która zdecydowanie poprawia możliwość wmawiania sobie, że pociecha nasza wcale aż tak bardzo nie płacze, lub też w skrajnych przypadkach, że wcale się jej nie widzi. Pomimo drobnych mankamentów, spotkanie towarzyskie jest towarzyskie, ale niestety zazwyczaj jak wszystko co dobre zbyt szybko i zbyt wcześnie się kończy.  Tegoroczny sylwestrowy kinderbal był jednak inny niż dotychczasowe i wszystkich totalnie zaskoczył, albowiem pomimo super planu wcale się nie odbył.  Wszystkie znaki na niebie dawały mi jasno do zrozumienia, że we wtorek popołudniu powinnam zostać w domu. Pies pilnował mnie niczym złowieszczy cień. Zacięły mi się wszystkie zamki, w kurtce, w bucie, w domu i w aucie. Po czym zepsuła się brama wjazdowa i...

Prezenty prezenty wszędzie prezenty

Munio tonie w zabawkach. Jest jedynakiem, jedynym wnusiem i przez to jest hojnie obdarowywany na każdym kroku. Nie powinnam narzekać, niemniej jednak w związku ze świętami wybór prezentu dla niego okazał się strasznie trudny. Postawiłam w tym roku na zabawki drewniane. Zakochałam się w piramidzie  Skip Hop Giraffe Safari  i już się jej nie mogę doczekać. Munio ma już drewnianą ciężarówkę IKEA MULA  i bardzo ją lubi więc myślę, że piramida również mu się spodoba. Wymyśliłam też, że dostanie jednak trochę kolorowego plastiku w postaci interaktywnego statku pirackiego  Dumel Prezentując powyższy wybór, okazało się, że statek piracki był niespełnionym marzeniem dziecięcym rodzica taty i brata jego, wujka Firmy. Jako niewielkie brzdące strasznie chcieli taki dostać. Było to dawno, w czasach kiedy fajne rzeczy można było kupić tylko za dewizy w Pewexie więc sprawa nie była wcale taka prosta ani oczywista. Cały rok byli grzeczni i cierpliwie czeka...

Opowieści wigilijne

Święta zbliżają się w tempie błyskawicznym. Jedna, wielka, kilkudniowa, leniwa przyjemność. W tym czasie czuję się jak małe dziecko i cieszy mnie absolutnie wszystko. Tym razem radością dziecięcą cieszyć się zamierzam podwójnie bo liczę na podobne świąteczne szaleństwo, które miejmy nadzieje objawi się u Muni.  Rodzic Tata jest świątecznieoporny, ale pracujemy nad nim. Jestem jednym z tych świątecznych świrów, którzy kochają ten czas miłością niezrozumiałą i toczą walkę z mężem w okolicach marca, kiedy brutalnie chce wywalić choinkę na śmietnik. Ilość lampek w moim domu z założenia musi być nieskoczna, podobnie jak mandarynek. W tym temacie nie znam słowa dość. Założenie jest proste, jak ja włączam wtyczkę, napięcie spada w całej wsi i dopiero wtedy można zasiąść i podziwiając swe dzieło zeżreć tyle mandarynek ile wlezie. Na święta mus być również sporo innych koniecznych do szczęścia świątecznych drobiazgów, ale ten kto ma tak jak ja wie o tym doskonale. ...

Życie to nie jest bajka

Ten kto miał okazję kiedykolwiek pić u nas wódkę powyższe stwierdzenie zna doskonale. "Życie to nie jest bajka" oraz nieco bardziej optymistyczne "Damy radę" są sztandarowymi tekstami pewnego bliskiemu nam wąsatego jegomościa.  Wujek Włodek prawdę mówi. Swoje widział i swoje wie i wiedział to już wtedy "kiedy wy jeszczeście na chleb mówili: bep, a na muchy: tapty” .  Życie dalekie jest od kolorowej sielanki i potrafi kopnąć w dupę tak mocno, że człowiek dopiero wtedy wie jak "boli" może boleć naprawdę.  Ostatnio złe wiadomości, jak to takie wiadomości mają w zwyczaju, spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Było to zaledwie kilka dni temu. Ponownie okazało się, że życie to gówno, a nie bajka, ale daliśmy radę. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Życie moje w dupę kopnęło mnie już kilka razy. Z tym, że raz tak podrzędnie, że do dzisiaj nie mogę się pozbierać. Chociaż minęło już 1322 dni, to nadal boli, i stwierdzenie że czas leczy rany to naj...