Dzień jak co dzień. Wstajemy. Mymlamy Brucia, siku, zęby, ubieramy się i do kuchni. Zaparzam kawę, robię herbatę i gotuję parówki. W między czasie sama idę siku. Siedzę na kiblu i jedyne o czym myślę to to, że rondelek z parówkami postawiłam na skraju, na palniku, do którego Muniek bez problemu dostanie. Wszystko w tym rondlu pewnie się już gotuje i przez moją głowę przelatuje scena niczym z hollywoodzkiego filmu jak ten wrzątek i te parówki i one na Muńka i ten Muniek i ten płacz i ten krzyk, a potem szpital, tylko który? gdzie najbliżej? Dobra, bez paniki, sikam dalej i jednocześnie uzmysławiam sobie, że po drugiej stronie na ladzie zostawiłam gorącą kawę i dwie herbaty. Znowu podobna wizja płacz, poparzenie trzeciego stopnia, dramat w całym domu, szukanie kluczyków, bieg do auta, szpital. Już nie sikam, wołam Muńka. Jak będzie w łazience to kuchenny wrzątek mu chwilowo niestraszny. Wpada do tej łazienki niczym tajfun. Skacze i koniecznie chce mi pokazać...