Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nie nadaje się do miasta

Na głęboką wieś również. Tu gdzie aktualnie mieszkam jest mi bardzo dobrze i chociaż czasem z niezrozumiałą zazdrością patrzę na luksusowe apartamentowce i zamknięte osiedla nie dałabym rady tam mieszkać. Nie nadaję się do miast z trzech ważnych powodów. Jestem aspołeczna.  Wszystko fajnie, ale nie interesuje mnie, co gotujesz, co kupujesz, jakie gacie wieszasz na suszarce. Nie chcę słyszeć przez ścianę jak pierdzisz w wannie i kto aktualnie strzelił lub też nie gola. Kiedy lecę z siatami, psem i dzieckiem pod pachą zajebiście, że akurat właśnie wtedy naszło cię na zwierzenia i opowieści o wszystkich sąsiadach w promieniu dwóch kilometrów. Nie dziękuję, lepiej potrzymaj mi te zajebane drzwi bo nie mam przecież piątej ręki. Nie chce mi się z tobą gadać o hemoroidach cioci Stasi w warzywniaku, ani jaką ładną Tosia zrobiła kupkę. Nie interesuje mnie, że ci spod 45 ciągle się kłócą, a u Nowaków tego psa to trzeba będzie uśpić bo szczeka. No tak, przecież na takim wypasionym os...

Dzień jak co dzień

Odkurzam sobie psa, Munia zjada mu ogon, a ogon zjada mi pantofla. Nie wiem czym wypchali te papcie zimowe (letnich nie mam), ale Brutosław dostaje na ich punkcie totalnego świra i zachowuje się jak kot po kocimiętce. Mymla mi te papcie i mymla, bo to taki mymult z niego jest, nie gryzie tylko mymla. Ten pantofel cały mokry, ogon cały zaśliniony, a uhahany Munia ma na sobie tyle sierści, że wygląda już prawie jak małe szczeniątko. W moim życiu istnieją dwie czynności odłączające mnie totalnie od rzeczywistości, obieranie ziemniaków i odkurzanie właśnie. Tracę wtedy poczucie czasu i wyłączam się. Przez co z reguły ziemniaków wystarczyłoby dla pułku piechoty bo obieram ile jest, a odkurzanie akurat nikomu nie szkodzi, chyba że zamyślę się zbyt mocno i wessam psu ucho albo fafla. Podobno myślenie ma przyszłość. Śmiem nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Gdyby tak było nie odkurzałabym psa w mokrym pantoflu tylko tarzała się w milionie zielonych na drobne wydatki leniwie sącząc szampana....

Cesarskie cięcie czyli fanaberia przestraszonej małolaty

Okazuje się, że z cesarką jest jak z karmieniem butelką. Nie wolno, nie należy się, spłoniesz na stosie, nigdy z w życiu odejdź i bądź sobie pojebaną gdzie indziej. Wszystkie matki polki rodzące w bólach i męczarniach uszlachetnione i natchnione tym wyczynem zdają się być z automatu ekspertami od wszystkiego. Dodatkowo zyskują dożywotnie prawo krytykowania wszystkich i wszystkiego zwłaszcza inne matki, a już w szczególności te inne inaczej czyli wybierające dobrowolnie i świadomie cesarkę. My matki wyrodne, przestraszone małolaty nie wiemy co to prawdziwa miłość do dziecka. Jesteśmy głupie, puste, a  cesarka  jest dla nas kaprysem i wydumaną fanaberią. Jeżeli dziecka swego nie będziesz rodzić godzin minimum 16 i jeżeli przy tym nie pęknie ci wszystko co pęknąć może, a nie powinno i jeżeli nie posrasz się z bólu to wiedz, że nic nie wiesz o macierzyństwie. Rodząc musisz się upocić i umęczyć. Musi ci też w tym towarzyszyć mąż. Zrobił niech też cierpi. K ultowi matki po...

Wielkanoc jak ja nienawidzę tych świąt

Nienawidzę wszystkiego jajek, żurków, kiełbas, szynek, majonezu, sałatki warzywnej, kurczaczków, pisanek, bazi, sypiącej się suszem palmy, głupoty lanego poniedziałku i wszechogarniającej ekscytacji. Nie piorę, nie gotuję, nie myję okien, nie trzepie dywanów, nie sprzątam strychów i piwnic. Nie robię z domu jajecznej choinki i nie martwię się tym, że się przejem, albowiem ciężko przez trzy dni żyć jedynie o mazurku, którym na dodatek trzeba się podzielić. Nigdy tych świąt nie lubiłam, a od 2011 nienawidzę ich z całego serca, Okres pomiędzy 4 marca a 11 kwietnia mam całkowicie wycięty z życiorysu i radosne uniesienia w tym terminie są mi tak potrzebne jak głuchemu flet. Dla mnie ten czas to czas wielkiego smutku, czekania na śmierć i tysiąca niewysłuchanych modlitw. Czas, który dla kogoś zakończył się zmartwychwstaniem i radością, a dla mnie końcem świata i bezmiarem smutku.  O ile na punkcie Bożego Narodzenia i całego komercyjnego gówna z nim związanego mam total...

Postulat Butelkowej Mamy

Pozwolę sobie jeszcze przez chwilę pociągnąć temat butelkowy. Jak już pisałam od razu wiedziałam, że nie chcę karmić piersią. Założenie było proste. Pojawia się Munia. Ja dostaję blokadę. Munia butlę. Wszyscy się uśmiechamy, wokoło latają ptaszki i unoszą się pękate serduszka. Pełnia szczęścia. Rzeczywistość okazała się niestety znacznie bardziej brutalna i mocno nas tam, wtedy, w tym szpitalu sponiewierała. Decyzję, o tym że nie będę karmić piersią, podjęłam świadomie, pozostając, wbrew temu co zakładał personel, w pełni władz umysłowych. Powyższy plan, na jaki się nastawiłam, pewnie w wielu szpitalach udaje się z powodzeniem zrealizować. No może tylko te ptaszki i serduszka mogą stanowić pewien problem. Mnie jednak trafił się oddział opętany rządzą laktacji. Z resztą mój lekarz sam przyznał, że w złym czasie sobie to butelkowanie wymyśliłam, bo znowu wszystkim odbiło na punkcie tych cycków, taki trend, taka moda. Pomimo wszystkich trudności przetrwałam, przeżyłam. Munia też....

Butelkowa mama

Cycki, cycki, cycki. Jeszcze człowiek dobrze nie urodzi, a tu nie ma ważniejszego tematu. Jak będzie pani karmić piersią to ... Bo będzie pani karmić to ... Podczas karmienia to ... No generalnie wszystko spoko, ale czemu wszyscy od razu założyli, że ja będę karmić? Jedyny pytanio wyrzut jaki się pojawił brzmiał: Ale będzie pani karmić? Nie czy chce pani, może, zamierza tylko od razu pioruny w oczach i naklejka na czole "wyrodna matka". O tym, że nie będę karmić piersią wiedziałam od zawsze. Po prostu, chyba wyssałam to z mlekiem matki. Żartuję. Mama moja nie karmiła, babcia karmiła bo musiała, ale tylko tyle i musiała (wtedy na wsi nie było innej opcji), ale jak sam mówi, gdyby miała wybór to nigdy w życiu. Takie to z nas potwory, egoistki, świadomie pozbawiające potomstwo lepszego startu w życie. Mordujące odporność, hamujące rozwój samolubne france nie mające pojęcia o macierzyństwie.  No tak, przecież macierzyństwo to bawarka, herbatka na laktację i latani...

Kim jestem i co ja tam wiem

W zasadzie to nikim i każdym i wiem, że nic nie wiem, ale zazwyczaj wiem lepiej. Jestem jedynaczką i wychowuje jedynaka i to na domiar złego od niedawna. Matka ze mnie dziwna bo jestem rozkapryszona, histeryczna i zawsze muszę dostać to co chcę. Czasami zastanawiam się kto u nas w domu jest tak naprawdę dzieckiem, bo nie zawsze wychodzi mi że Munia. Nie najlepiej gotuję, a pieczenie traktuję jak sztukę magii tajemnej, szczypta tego, tamtego, a efektu nigdy nie przewidzisz. Chociaż w nic nie wierzę mam ślub kościelny (jeszcze kiedyś tam w coś wierzyłam) i do tego o zgrozo! szczepię własne dziecko. Niby jestem tolerancyjna, ale zaczynając zdanie od nienawidzę dwukropek lista będzie bardzo długa. Zapominam jeść i zapominam, że inni nie zapominają (zwłaszcza pan pies) i mają mi za złe, że znowu nic na trzy dni. Zapominam też pić wodę, ale zainstalowałam sobie odpowiednią aplikacje i teraz co godzinę sztuczna inteligencja przypomina mi cichą wibracją, że czas wychylić szklaneczkę. Jest...